Czytając publikację Tomasza Stachaczyka, trudno nie przypomnieć sobie słów Tersytesa z „Iliady” Homera – postaci, która zasłynęła nie z mądrości czy odwagi, lecz z nieustannego obrażania i publicznego lżenia innych.
Homer wkłada w usta Odyseusza słowa:
„Tersytesie, choć jesteś wymowny, powściągnij język i nie waż się samotnie występować przeciw królom”. Nie chodzi o zakaz krytyki władzy. Chodzi o to, że sama napastliwość i moralizatorski ton nie zastępują rzeczowej argumentacji.
Tytuł artykułu Tomasza Stachaczyka na jego blogu „Co wolno, a czego nie wolno Panu, Panie Prezydencie.” zwracając się publicznie do prezydenta miasta Juliusza Wirnickiego (nie będącego jednak chłopcem na posyłki ludzi z politycznego otoczenia duetu Stachaczyk&Staszek) razi czymś, czego od blogera czy redaktora należałoby wymagać – poprawnością językową. Kropki na końcu tytułów się nie stawia. To błąd ortograficzny. Trudno pouczać innych, gdy samemu nie przestrzega się podstawowych zasad. Znacznie poważniejszy problem dotyczy jednak standardów etycznych. Autor tekstu jest pracownikiem miejskiej spółki. To fakt, który powinien skłaniać do szczególnej powściągliwości w publicznym ocenianiu i pouczaniu prezydenta miasta czy wkładaniu ręki w majtki zaglądając w rodzinne życie prywatne. Nikt nie odbiera mu prawa do własnych poglądów ani wolności słowa. Jednak osoba zatrudniona w spółce komunalnej powinna mieć świadomość, że jej publiczne wystąpienia dotyczące władz miasta mogą rodzić uzasadnione pytania o konflikt ról i o standardy, jakich oczekują mieszkańcy.
Artykuł nie jest analizą decyzji samorządu. Nie rozlicza inwestycji, finansów ani jakości zarządzania miastem. Zamiast tego autor koncentruje się na życiu prywatnym prezydenta, wyciąga z niego daleko idące wnioski i w mentorskim tonie tłumaczy głowie miasta, „co wolno, a czego nie wolno”. To nie jest rola ani dziennikarza ani blogera.
Rolą mediów jest przedstawianie faktów, zadawanie pytań i patrzenie władzy na ręce. Rolą redaktora nie jest występowanie w charakterze moralnego wychowawcy ani wydawanie publicznych instrukcji wybranemu przez mieszkańców prezydentowi. Szczególnie zastanawia forma tego tekstu. Autor nie ogranicza się do komentowania wydarzeń. Przewiduje polityczną przyszłość prezydenta, ocenia jego charakter, sugeruje brak kompetencji i kończy artykuł pytaniem rodem z kazania: „A jaki jest Pana ostateczny wybór, Panie Prezydencie?”. Trudno uznać to za publicystykę opartą na faktach. To raczej osobisty manifest. Jeszcze większe zdziwienie budzi fakt, że takie słowa padają ze strony przedstawiciela majątku Polski.
Mieszkańcy mają prawo oczekiwać, że pracownicy spółek miejskich będą wykonywać swoje obowiązki z należytą starannością a nie angażować się w publiczne pouczanie organów wykonawczych miasta.
Prezydent nie jest uczniem, któremu ten wyborca wystawia ocenę z zachowania. Został wybrany przez mieszkańców w demokratycznych wyborach i to mieszkańcy w większości będą rozliczać go z realizacji obietnic oraz skuteczności rządzenia, będą rozliczać z pracy - nie z osobistych spraw rodzinnych.
Można krytykować decyzje prezydenta miasta, można nie zgadzać się z jego polityką. Jednak wykorzystywanie życia prywatnego do budowania politycznej narracji i formułowania moralnych wyroków nie służy ani debacie publicznej, ani mieszkańcom Piotrkowa. Człowiek powinien zachować dystans. Pracownik miejskiej spółki powinien zachować szczególną rozwagę. Kiedy dwie role zaczynają się mieszać, pojawia się pytanie o wiarygodność i o granice, których przekraczać nie należy nikomu. Bo w tej sprawie najważniejsze pytanie brzmi nie: „Co wolno Panu, Panie Prezydencie?”, lecz: czy pracownik miejskiej spółki powinien wykorzystywać swoją pozycję redaktora do publicznego pouczania prezydenta miasta? To pytanie mieszkańcy mają prawo zadać.
Na tym tle warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Tomasz Stachaczyk od lat łączy działalność publicystyczną z zajęciem w miejskiej spółce ciepłowniczej i nigdy nie pofatygował się zakomunikoawać o tym swoim pracodawcom. Jeżeli jednocześnie jego podmioty gospodarcze zawierają umowy finansowane ze środków publicznych, jest to okoliczność, która – jako dotycząca wydatkowania publicznych pieniędzy – powinna pozostawać przedmiotem pełnej przejrzystości i społecznej kontroli. Tym bardziej zaskakuje sytuacja, w której autor tak chętnie ocenia i poucza prezydenta miasta, podczas gdy pytania o własne relacje z samorządem i korzystanie z pieniężnych środków publicznych zasługują na jasne odpowiedzi. W debacie publicznej wiarygodność buduje się nie tylko poprzez krytykowanie ale także poprzez gotowość do minimum transparentności w odniesieniu do własnej działalności publicznej.
Na zdjęciu od lewej: Mariusz Staszek z Rady Miasta Piotrkowa Trybunalskiego na codzień pracujący w miejskiej spółce Piotrkowskie Wodociągi i Kanalizacja Sp. z o.o., redaktor Tomasz Stachaczyk z Elektrociepłowni Piotrków Sp. z o.o. (oficjalnie nie pełniący funkcji politycznych)